Nastały Święta Wielkanocne. W tradycji w Wieruszowie pozostała Straż Grobu Pańskiego. A jak to negdaj bywało?
(...)”Społeczeństwo miasta pochodzenia polskiego było w zdecydowanej większości wyznania rzymsko – katolickiego, o głębokim przywiązaniu do tradycji Kościoła. Kościoły w niedzielę i święta były wypełnione, a każde nabożeństwo było z powagą traktowane przez wiernych. W szczególny sposób traktowano sumy, gdyż na każdej z nich śpiewał chór kościelny, podnosząc powagę i nastrój nabożeństwa, a jego śpiew było słychać daleko poza murami kościoła. Nabożeństwa takie jak pasterka oraz rezurekcja ściągały wiernych nie tylko z miasta, ale i z okolicznych wsi. Kościół nie był w stanie pomieścić wiernych, i dlatego część musiała słuchać nabożeństwa na placu przykościelnym. Od Wielkiego Piątku przy grobie wartę zaciągali halabardziści, którzy swoim strojem przypominali Turków pokonanych przez króla Jana Sobieskiego - ich wygląd ukazuje poniższe zdjęcie.

Przez cały okres pełnienia warty ich bazą było pomieszczenie w klasztorze w salce KSM. Stąd dowódca warty wyprowadzał zmianę warty prowadząc ja trasa wzdłuż ogrodzenia placu kościelnego, a następnie przez bramę główną wchodzili do kościoła. Dochodząc do grobu – gdzie następowała zmiana warty - wyglądało to wspaniale. Tej zmianie zawsze – nie wyłączając nocy - przyglądało się wielu wiernych.
Ksiądz proboszcz gorąco popierał taką działalność. Od czasu do czasu dawał im kilka złotych, nie tylko na nowy ubiór, ale i na zakup śledzi i herbaty. Pożywiając się i popijając czekali na swoją zmianę, a gdy czasem znalazł się kieliszek wódki i ogórek kiszony, nie robił im z tego powodu żadnych wymówek. Już we wczesnych godzinach, w Sobotę Wielkanocną, szukano przy murze prowadzącym od klasztoru do podwórka gospodarczego proboszcza, wygodnego miejsca do strzelania z kluczy, które nazywano „babą”. Gdy wychodziła procesja i w czasie podniesienia huk był tak wielki, że mury się trzęsły, to się bardzo podobało wiernym i proboszczowi, który z własnej kieszeni dawał pieniądze na zakup kanichlorki.
Technika strzelania polegała na tym, że do komory klucza wsypywało się materiał wybuchowy – kanichlorkę, później delikatnie się potrząsało celem ubicia, a następnie wkładało się bolec do komory i przy pomocy rączki wykonanej z drutu uderzało się bolcem w upatrzony uprzednio kamień. Huk i dym były ogromne… a zależały od wielkości klucza. Klucz strzelniczy „Baba” pokazuje zdjęcie.

Jeżeli chciało się uzyskać jeszcze większy efekt wybuchu, to robiło się pęk składający się z kawałka materiału, który wypełniało się kanichlorką, kładło się tak przygotowany pęk na wybranym kamieniu, wchodziło się na mur z drugim kamieniem i zrzucało się go na uprzednio przygotowany kamień, na którym leżał pęk. Po upuszczeniu kamienia następował wybuch. Przez wiele lat brałem udział w tym obrzędzie i do dziś się bardzo dziwię, że nie było wypadków poza jednym, kiedy to koledze Kempie urwało jeden palec. Jak się później okazało, to była jego wina, gdyż chciał jak najwięcej kanichlorki zmieścić w komorze klucza, i zamiast potrząsać kluczem, ubijał ją bolcem. To spowodowało wybuch, a ponieważ klucz trzymał w ręce, wyskakujący bolec w czasie wybuchu urwał mu palec. Można powiedzieć, że gdy kołatki z wieży kościelnej w Wielką Sobotę oznajmiły zakończenie postu, to w całym Wieruszowie było słychać wybuchy z kluczy oraz z pęków.
Zenon Szcfajer
źródło: Zygmunt Maciejewski - KORZENIE