Smak czekolady
2021-05-07 09:05
Artykuł Sylweriusza Sienkiewicza

Czasy okupacji niemieckiej w Jutrkowie nie należały do łatwych. Część mieszkańców już na początku okupacji wysiedlono, a na ich miejsce zasiedlono niemieckie rodziny. W czerwcu roku 1944 wywieziono kolejne rodziny do Niemiec. Jak wspomina pani Zofia były to rodziny Chowańskich, Prymasów, Wróbli, Soleckich, Błachów, Szymalów, Jabłońskich, Kluziaków, Siemieniaków, ich rodzina Włodarczyków i z Teklinowa rodzina Klimeckich.

Pani Zofia miała wtedy 9 lat. Na stację w Podzamczu odwieźli ich gospodarze na swoich furmankach. Porządku pilnował Niemiec - policjant „Iwan” z Wyszanowa. Mogli zabrać ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy. Z Podzamcza stłoczeni w normalnym pociągu zostali przewiezieni do obozu przejściowego w Dachau.

Po wyjściu z pociągu całą kolumną szliśmy jakąś długą ulica do tego obozu. Wprowadzono nas do takiego dużego baraku, ustawiono pod ścianą i sprawdzano czy mamy wszy. Ci u których zauważono je, byli od razu goleni na łyso. Na szczęście cała nasza rodzina miała czyste głowy i nie straciliśmy włosów. Potem kazano nam się rozebrać do naga, a rzeczy położyć na wózki. Wózki z ubraniami zostały zabrane. Każda rodzina otrzymała koc, żeby mogła się okryć. Nie wiedzieliśmy co z nami będzie, ale po jakimś czasie przywieziono wózki jeszcze z gorącą odzieżą, widocznie po dezynfekcji, każdy miał znaleźć swoje rzeczy i ubrać się. Zaprowadzono nas do baraków sypialnych. W baraku były tylko prycze i nic więcej. Każdy otrzymał metalową miskę na jedzenie. Za potrzebą wychodziło się do latryny. Był to taki głęboki dół nad którym przymocowane były żerdzie do siadania i oparcia się. Jeżeli ktoś był nieostrożny i wpadł, to nikt go z tego dołu już nie wyciągał. Po jedzenie chodziliśmy z miską do oddzielnego budynku. Po kilku dniach bytowania w tym obozie zaprowadzono nas na stację kolejową, wsadzono do bydlęcych wagonów i wywieziono w głąb Niemiec do miejscowości Rosenheim w Bawarii. Po wyjściu z pociągu zapakowano nas w samochody ciężarowe i przewieziono na taką wielka halę, gdzie było już dużo ludzi. Tam odbywał się wybór pracowników dla miejscowych gospodarzy. Niemcy przechodzili się między nami i wybierali kto im się podobał. Nas wzięło dwóch gospodarzy. Tata pracował u ogrodnika, a spał razem z nami w gospodarstwie Niemki, której mąż był na froncie. Mama i ja pracowałyśmy u Niemki w gospodarstwie. Mama oporządzała krowy i woły oksy znajdujące się w gospodarstwie oraz orała tymi wołami ziemię. Moim zadaniem była pomoc w kuchni oraz odstawianie mleka. Codziennie rano na wózku odwoziłam dwie kany mleka po 35 l do miejsca skąd później przelewano je do samochodu. Punkt odbioru mleka był oddalony jakieś dwa kilometry od domu, a droga przebiegała przez las, raz pod górkę, raz z górki. Po południu szłam po wózek z pustymi kanami. Kany myła mama, doiła też krowy i szykowała wózek z mlekiem. Mieszkaliśmy w domu Niemki na piętrze, ona wraz z dziećmi spała na parterze. Dom był razem oborą, którą oddzielał korytarz. W oborze były krowy i olbrzymie woły, które w nocy czasami waliły wielkimi rogami, gdy nie mogły wyciągnąć głowy z drabiny, którą opuszczano gdy jadły.

Późnym wieczorem wracał tata. Tata dostawał w pracy zupę i bochenek chleba na cały tydzień. My rano jedliśmy z miski kawę z mlekiem z wkrojoną kromką suchego chleba tzw. snelkę i do tego dodaną sacharynę. Było też drugie śniadanie na które dostawaliśmy również kawałek suchego chleba. Na obiad przeważnie była zupa szczawiowa lub z mleczu. Raz w tygodniu gospodyni robiła kluski i rozdzielała po trzy dla dorosłych i po dwie dla dzieci. Dla dorosłych były nieraz jajka. W czasie świąt po kawałku mięsa.

Gospodyni miała dwóch synów młodszych ode mnie, jeden miał 6 lat, drugi młodszy. Traktowała nas wszystkich jednakowo i nie wyróżniała swoich dzieci względem mnie. Kiedy raz zachorowałam gospodyni zawiozła mnie do lekarza na rowerze i wykupiła lekarstwa. Pieniędzy za pracę nie dostawaliśmy.

W 1945 roku zaczęły się bombardowania przez amerykańskie samoloty. Bombardowania odbywały się bardzo często chociaż w różnych miejscach. Raz kiedy ciągnęłam wózek z mlekiem akurat był miejscowy nalot. Zaczęły wybuchać obok mnie bomby. Pozostawiłam wózek i uciekłam do pobliskiego lasu. Postanowiłam wrócić do domu. Po drodze spotkałam mamę, która była też bardzo wystraszona i wyszła zobaczyć co się ze mną dzieje. Na szczęście całe wróciłyśmy do domu. Do tej pory jak słyszę huk czy burze bardzo to przeżywam. Odżywają wspomnienia i powraca obraz rozwalonego przez bombę domu sąsiadki Niemki u której mieszkaliśmy. Jej córka wtedy przeżyła, bo zdążyła wybiec z domu, a sąsiadka stała już w drzwiach i nie zdążyła uciec przed spadającą bombą. W maju pojawiło się wojsko amerykańskie. Do Niemki wrócił mąż z frontu. My jeszcze nadal byliśmy u tych Niemców. Jak Amerykanie zorganizowali obóz przejściowy dla Polaków to się tam przenieśliśmy. Rodzice mieli nadzieje na szybki powrót do domu. W obozie tym warunki bytowe nie były dużo lepsze niż w obozie niemieckim. Ale była szkoła do której zaczęłam uczęszczać. Był lekarz. Była kaplica kościelna, w której przyjęłam I komunię świętą. Mama mówiła mi, że jest to ważne wydarzenie w życiu każdego człowieka chrześcijanina. Komunię Świętą wraz z innymi polskimi dziećmi przyjęłam w Rosenheim, w dniu15 sierpnia 1945 roku. Pamiętam, że po mszy przy wejściu do kaplicy czekał na nas taki starszy oficer amerykański. Wręczył nam skórzane portfele, zawinięte w papier, przewiązane wstążeczką jako prezenty. Dostaliśmy też pamiątkę komunijną. Przyjęcie komunijne odbyło się w klasie szkolnej. Dostaliśmy kubek gorącego kakao oraz torebkę papierową, w której była czekolada i kilka cukierków. Jak mnie smakowała tamta czekolada. Jej smak pamiętam do dzisiaj. Nigdy już takiej czekolady nie jadłam. Amerykanie też w tym obozie czasami rzucali nam z samochodów pomarańcze.

Część Polaków wyjechała już w sierpniu po komunii. My musieliśmy jeszcze czekać. Skaleczyłam się poważnie w nogę i lekarz zabronił mi taką podróż. Ostateczne we wrześniu

z kolejną grupą Polaków wraz z rodziną Klimeckich z Teklinowa i rodziną Kowalczyków z Wyszanowa rozpoczął się nasz powrót do kraju. Do granicy z Polską dowieźli nas pociągiem Amerykanie. Po polskiej stronie musieliśmy bardzo długo czekać na peronie na pociąg, który miał nas zabrać dalej. Dopiero po interwencji kobiet u kolejarzy podstawiono pociąg. Na tym pierwszym polskim przystanku przeżyliśmy szok. Widok rosyjskich żołnierzy i ich zachowanie wzbudziły chęć wycofania się wielu rodzin, ale było już za późno. Po wielu perturbacjach, przesiadkach i postojach na różnych stacjach, których już nie pamiętam dotarliśmy wreszcie do Kępna. Z dworca w Kępnie do swojej rodziny w Olszowej pieszo poszedł Klimecki z tatą po podwózkę. I tak szczęśliwie po tygodniu dotarliśmy do Jutrkowa.

Po powrocie zamieszkaliśmy tymczasowo u rodziny Sułkowskich. W naszym domu Niemcy zostawili taki bałagan, że nie można było tam od razu zamieszkać. Zaraz po naszym przyjeździe wszystkie dzieci ze szkoły przybiegły nas zobaczyć. Jedynym nauczycielem był wtedy pan Stefan Grzesiak. Od razu też poszłam do szkoły. Było nas wtedy ponad 50 dzieci w różnym wieku, z różnym poziomem wiedzy. Jak pan Grzesiak to wszystko potrafił ogarnąć trudno sobie teraz wyobrazić. Trafiłam do II albo III klasy dokładnie nie pamiętam. Umiałam już czytać, pisać i rachować. Równolegle do nauki musiałam też pracować. Pasłam krowy z zeszytem pod pachą. Wolne chwile wykorzystywałam do nauki. Miałam 16 lat jak skończyłam szkołę. Życie było wtedy bardzo ciężkie, ale już byliśmy u siebie w Jutrkowie i z optymizmem patrzyliśmy w przyszłość.

 

W dniu 3 maja 2021 roku opowiadała Pani Zofia Baraniak z domu Włodarczyk,

spisał Sylweriusz Sienkiewicz.



GALERIA NR:
KOMENTARZE [0]:

DODAJ KOMENTARZ
Komentarze publikuje się korzystając z narzędzia Facebooka.
Użytkownik publikuje treść komentarza na własną odpowiedzialność i jest to jego prywatna opinia. Aby zgłosić naruszenie należy kliknąć link „Zgłoś Facebookowi” przy wybranym poście. Regulamin i obowiązujące zasady korzystania z platformy Facebook dostępne pod adresem:
https://www.facebook.com/policies
Właściciel i wydawca portalu tugazeta.pl nie odpowiada za treść publikowanych komentarzy.

OGŁOSZENIA | REKLAMA | KONTAKT
Copyright 2010-2020 Łącznik - Projekt i wdrożenie sklepy internetowe Kępno Sklepy internetowe Kepno
Top
W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies w opcjach przeglądarki. - ZAMKNIJ